Turkmenistan & Uzbekistan 2026
Jedwabnym szlakiem
Jedwabnym szlakiem
czyli
śladem Marco Polo.
Tym razem grupa Żyje się Raz zaplanowała wyjazd w mniej uczęszczany obszar globu.
Tym celem był Turkmenistan – kraj pełen kontrastów oraz Uzbekistan – kraj początków cywilizacji .
Poniżej znajdziecie zapis naszej podróży widziany z różnej perspektywy – z przymrużeniem oka oraz refleksji jak to historia kołem się toczy.
Dzień 1 – Warszawa – Istambuł – Aszchabat
Pierwszy dzień wyprawy do Turkmenistanu od razu pokazał, że nuda nam zdecydowanie nie grozi.
Prawdziwe atrakcje zaczęły się na lotnisku w Warszawie, podczas odprawy okazało się, że zaproszenie jednego z kolegów zostało wystawione na inny paszport niż ten, który miał przy sobie. Na chwilę zrobiło się gorąco. Na szczęście szybka akcja ratunkowa zadziałała perfekcyjnie — żona kolegi w ekspresowym tempie dowiozła paszport dyplomatyczny.
Uff… udało się przejść odprawę.
Potem już zgodnie z tradycją wjechał turbo ptyś, ostatnie spojrzenie na tablicę odlotów i kierunek: Istambuł. Wyprawa oficjalnie wystartowała — tym razem nawet z kompletem dokumentów i bez testowania cierpliwości służb granicznych.
W samolocie zaczęły się pierwsze poważne rozmowy. Dwóch nowych członów wyprawy (elDoctore i elDyktatore) zostało ochrzczonych jako Gang Świeżaków. Niespodziewanie zostali usadzeni razem w samolocie (i jak okaże się w dalszej części wyprawy zostali nierozłączną parą. Przewodnik Marcin w tajemniczy sposób odseparował się od grupy, zapewne planując jakiś sekretny plan logistyczny związany z wyzwaniem, które nas czeka na lotnisku w Aszchabadzie. Znawca konwenansów arystokratycznych ponownie błysnął formą i tym razem na pokładzie poznał duńską księżniczkę. Relacje dyplomatyczne zostały nawiązane błyskawicznie.
Dzień 2 – Miasto Miłości
Aszchabad, czyli „Miasto Miłości”, przywitał nas dokładnie tak, jak można się spodziewać po kraju owianym legendami o izolacji i absurdach. Marmury, kryształy, złocenia i… pustka. Tak wielka, że przez chwilę zastanawialiśmy się, czy przypadkiem nie przylecieliśmy przed oficjalnym otwarciem lotniska.
Pierwszym wyzwaniem okazała się procedura wizowa. Kolejne okienka, kolejne opłaty i kolejne pieczątki sprawiały wrażenie gry terenowej przygotowanej przez ministerstwo cierpliwości. Gdy wydawało się, że wszystko idzie zgodnie z planem, system przypomniał sobie o błędzie w zaproszeniu jednego z uczestników. Na szczęście zgodnie z zasadą ZsR: „nie zostawiamy swoich”, a Przewodnik po raz kolejny udowodnił, że problemy istnieją tylko po to, żeby je rozwiązywać.
Po 4 godzinach wszyscy siedzieliśmy już w autobusie. Dziewięć osób. Jeden wielki autokar. Komfort podróży porównywalny z przemieszczaniem się własnym pałacem na kołach.
Zwiedzanie miasta rozpoczęliśmy od serii atrakcji, które trudno opisać jednym zdaniem, dlatego zainteresowanych odsyłamy do lektury:
- Pomnik Niepodległości:
https://en.wikipedia.org/wiki/Independence_Monument_(Turkmenistan) - Łuk Neutralności:
https://en.wikipedia.org/wiki/Neutrality_Monument - Kompleks Alem i największy kryty diabelski młyn świata:
https://en.wikipedia.org/wiki/Alem_Cultural_and_Entertainment_Center - Pomnik Magtymguly Pyragy:
https://en.wikipedia.org/wiki/Magtymguly_Pyragy_Monument - Meczet Ertuğrul Gazi:
https://en.wikipedia.org/wiki/Ertugrul_Gazi_Mosque
Już po kilku godzinach było jasne, że Aszchabad nie jest zwykłym miastem. To raczej gigantyczny plac zabaw dla architektów, rekordów Guinnessa i osób przekonanych, że marmuru nigdy nie jest za dużo.
W międzyczasie elDyktatore zaczął rozważać własny program modernizacji kraju, a elDoctore prowadził obserwacje medyczne dotyczące wpływu temperatury i turbo-ptysia na morale grupy. Wyniki badań pozostają niejawne.
Kolejnym punktem programu był słynny Bazar. Niestety trafiliśmy na świąteczną przerwę i zamiast orientalnego chaosu zastaliśmy orientalny spokój.
Więcej o bazarze:
https://en.wikipedia.org/wiki/Gulistan_Bazaar
Na koniec odwiedziliśmy Muzeum Narodowe Turkmenistanu, gdzie w ekspresowym tempie przeszliśmy od starożytnych cywilizacji po współczesne rekordy świata.
Opis muzeum:
https://en.wikipedia.org/wiki/National_Museum_of_Turkmenistan
Po całym dniu zwiedzania przyszedł czas na zasłużony obiad. Krzysztof postanowił przetestować lokalne specjały, udowadniając po raz kolejny, że jego odwaga kulinarna znacznie przewyższa odwagę większości uczestników wyprawy.
Wieczorem niespodzianka. Zamiast hotelu czekał na nas pociąg do Turkmenbaszy i kuszetki dwuosobowe. Natychmiast rozpoczęły negocjacje dotyczące współlokatorów (Świeżaki znowu razem), rozmieszczenia bagaży oraz strategicznych zapasów na noc.
Pociąg ruszył, światła Aszchabadu zostały za oknem, a tym samym rozpoczął kolejny etap naszej przygody.
Dzień 3 – ZsR kontra Ognista Twierdza
Po nocy spędzonej w pociągu relacji Aszchabad–Turkmenbaszy obudziliśmy się wyjątkowo wypoczęci. Jedni twierdzili, że ukołysał ich rytmiczny stukot kół, inni, że zasługę należy przypisać odpowiednio dobranym środkom wspomagającym sen oraz wyjątkowej opiece służb mundurowych. Prawdy, jak zwykle, nie udało się ustalić.
Poranek przywitał nas widokami, które skutecznie odciągały uwagę od potrzeby liczenia godzin snu. Po jednej stronie góry, po drugiej Morze Kaspijskie.
Na dworcu czekały już terenowe Toyoty oraz trzej kierowcy, którzy mieli przez najbliższe godziny testować zarówno możliwości swoich samochodów, jak i wytrzymałość naszych kręgosłupów.
Po szybkim śniadaniu elDoctore wygłosił poranną prelekcję medyczną dotyczącą profilaktyki syndromu dnia następnego. Zalecenia zostały przyjęte z dużym zainteresowaniem i jeszcze większą dyscypliną.
Uzupełniliśmy zapasy na bazarze i w markecie, po czym ruszyliśmy w stronę miejsca, którego nazwa od początku działała na wyobraźnię wszystkich uczestników wyprawy – Yangykala, czyli Ognistej Twierdzy.
Dla zainteresowanych:
https://en.wikipedia.org/wiki/Yangykala_Canyon
Pierwszy postój nastąpił przy jedynym sklepie w promieniu wielu kilometrów. Miejscowa gospodyni poczęstowała nas kawą, a my wykorzystaliśmy okazję do przygotowania kolejnej partii turbo-ptysiów.
Im dalej jechaliśmy, tym bardziej asfalt stawał się wspomnieniem. Samochody podskakiwały na nierównościach, a każdy łyk napoju wymagał skupienia godnego chirurga lub sapera.
Yangykala okazała się jednym z tych miejsc, których zdjęcia nie są w stanie oddać. Czerwone, różowe, żółte i białe warstwy skalne wyglądały jakby ktoś pomylił pustynię z gigantycznym tortem. Przez kolejne godziny powstawały setki zdjęć, selfie, zdjęć grupowych, półgrupowych, indywidualnych i artystycznych. Niektóre z nich prawdopodobnie nigdy nie ujrzą światła dziennego.
Po sesji fotograficznej przyszedł czas na zasłużony posiłek. Zatrzymaliśmy się przy kompleksie Gazli Ata – miejscu ważnym dla lokalnej historii i religii.
Więcej informacji:
https://en.wikipedia.org/wiki/Gozli_Ata
W klimatyzowanej sali nasi kierowcy przygotowali prawdziwą ucztę. Pizza, kurczaki, owoce i zimne napoje znikały w tempie, które mogłoby zainteresować naukowców badających wpływ 42-stopniowego upału na apetyt człowieka.
Kiedy już wydawało się, że nikt nie będzie w stanie podnieść się od stołu, rzeczywistość przypomniała nam o sobie. Przed nami nadal była droga powrotna, a klimatyzowany azyl trzeba było opuścić.
Wieczorem dotarliśmy do hotelu, gdzie uczestnicy wyprawy niemal sprintem ruszyli pod prysznice. Po całym dniu spędzonym na pustyni była to jedna z najbardziej wyczekiwanych atrakcji programu.
Podczas uroczystej kolacji poznaliśmy grupę sympatycznych sąsiadów z Azerbejdżanu, których szybko ochrzciliśmy mianem Azorków. Integracja przebiegała wzorcowo, a bariery językowe znikały wprost proporcjonalnie do liczby wspólnych toastów.
Na parkiecie rozpoczęły się lokalne tańce, które dla postronnego obserwatora mogły przypominać połączenie zawodów sportowych, rytuałów godowych i konkursu na najbardziej widowiskowy podskok. Szczególne uznanie publiczności zdobyły występy naszego elDoctore, który nie pozostawił wątpliwości, że talent taneczny może objawić się w najmniej oczekiwanym momencie.
Uwieńczeniem wieczoru była legendarna sesja pokerowa w pokoju 904. W ciągu kilkunastu minut korytarze hotelowe zostały ogołocone z wolnych krzeseł i stolików. Powstało centrum operacyjne wyposażone w sprzęt pamiętający poprzednie ekspedycje oraz starannie przygotowane zapasy żywnościowe. Szczególnym powodzeniem cieszyły się kanapki przygotowywane przez Rafała z niezawodnej mielonki Krakus, które ratowały morale graczy podczas kolejnych rozdań.
Świeżaki wspólnie zgłębiały tajniki pokera, podejmując strategiczne decyzje metodą demokracji bezpośredniej. Miszka bankrutował, wracał do gry, bankrutował ponownie i znów wracał, udowadniając, że duch walki jest ważniejszy od matematyki.
Emocje rosły z każdą godziną. Jedni bogacili się, inni biednieli, a noc nieubłaganie przesuwała wskazówki zegara.
Dzień 4 – Morświn, Azorki i miasto zbudowane dla nikogo
Po emocjonującej nocy część uczestników budziła się z myślą o wynikach pokerowego starcia, inni próbowali ustalić, czy puszka Krakusa rzeczywiście wystarczyła na całą noc. Ostateczne rozliczenia pozostawiono jednak historii.
W międzyczasie odkryliśmy kolejny sekret funkcjonowania Turkmenistanu. Okazało się, że kontakt ze światem zewnętrznym wymaga nie tylko telefonu, ale również odpowiedniej wiedzy informatycznej. Wykonując skomplikowane operacje z wykorzystaniem VPN-ów i innych współczesnych czarów udało się podłączyć do internetu. Po nawiązaniu kontaktu z rzeczywistością (rodzinami), ruszyliśmy na zwiedzanie Turkmenbaszy.
Pierwszym przystankiem była prawosławna cerkiew. W środku panował spokój i skupienie, a my przez chwilę mogliśmy zobaczyć zupełnie inne oblicze miasta.
Więcej o świątyni:
https://ru.wikipedia.org/wiki/Собор_Архангела_Михаила_(Туркменбашы)
Po chwili zadumy wróciliśmy do spraw najważniejszych, czyli uzupełniania zapasów. Jak powszechnie wiadomo, dzień bez odpowiednich napojów jest dniem straconym.
Następnie udaliśmy się do Awazy – miejsca, które miało być turkmeńską odpowiedzią na największe kurorty świata.
Więcej:
https://en.wikipedia.org/wiki/Avaza
Już z daleka robiło to ogromne wrażenie. Szerokie aleje, monumentalne hotele, fontanny, sztuczne kanały, zadbane parki i perfekcyjnie przystrzyżona zieleń. Problem polegał jedynie na tym, że brakowało najważniejszego elementu każdego kurortu – ludzi. Spacerując po Awazie, mieliśmy chwilami wrażenie, że trafiliśmy na plan filmowy tuż przed rozpoczęciem zdjęć. Wszystko było gotowe, tylko aktorzy jeszcze nie przyjechali.
W komfortowych warunkach, niespotykanych nad Bałtykiem rozpoczęliśmy odpoczynek, przynajmniej do momentu, kiedy okazało się, że wiatr nad Morzem Kaspijskim ma własne zdanie na temat naszych planów plażowych. Największą determinacją wykazał się nasz grupowy Morświn, który podjął próbę honorowej kąpieli. Eksperyment zakończył się błyskawicznym wyjściem z wody oraz jednoznaczną opinią, że kąpiel przypomina Bałtyk w maju. Reszta grupy ograniczyła się do obserwacji i kibicowania z bezpiecznej odległości.
Zajęliśmy taras widokowy, gdzie rozpoczęły się zawody w kości, szachy, rozmowy oraz degustacja polskich słodyczy. W końcu głód zwyciężył. Schroniliśmy się w restauracji położonej nad spokojniejszą częścią zatoki, gdzie każdy mógł wybrać coś dla siebie. Na stołach pojawiły się ryby, wołowina, baranina i dania inspirowane kuchnią turecką. Morale grupy wróciło do poziomu gwarantującego dalsze radosne funkcjonowanie ekspedycji i powrót do Aszchabadu.
Na lotnisku w Turkenbaszy czas upływał tradycyjnie na żartach, wspomnieniach i analizowaniu wydarzeń z poprzednich dni. Coraz więcej historii zaczynało żyć własnym życiem, a świadkowie tych samych wydarzeń przedstawiali już zupełnie różne wersje.
Po wylądowaniu ruszyliśmy przez nocny Aszchabad, który po zmroku wyglądał jeszcze bardziej surrealistycznie niż za dnia. Podświetlone marmury, ogromne budynki i niemal puste ulice sprawiały wrażenie, jakbyśmy podróżowali przez wizję architekta, któremu nikt nie powiedział o ograniczeniach budżetowych.
Nocleg czekał na nas w „Pałacu Szczęścia”.
Więcej:
https://en.wikipedia.org/wiki/Bagt_Köşgi
Z zewnątrz przypominał futurystyczny pałac, wewnątrz zaś gigantyczny kompleks niemal oddany wyłącznie do naszej dyspozycji. Były ogromne korytarze, eleganckie wnętrza, złote zdobienia i wszechobecna cisza.
Dzień 5 – Świeżaki u wrót piekieł
Po nocnych rozmowach, degustacjach i kolejnych próbach pokonania ograniczeń hotelowego Wi-Fi dzień rozpoczął się dokładnie o 00:01. Poranek w Pałacu Szczęścia przebiegał spokojnie. Michał jako jedyny posiadający względnie stabilny internet pełnił dyżur online, podczas gdy pozostali uczestnicy sukcesywnie odzyskiwali kontakt z rzeczywistością.
Po śniadaniu ruszyliśmy na zwiedzanie okolic Aszchabadu. Pierwszym przystankiem był kompleks pamięci poświęcony historii kraju, wojnom i tragicznemu trzęsieniu ziemi z 1948 roku.
Więcej:
https://en.wikipedia.org/wiki/People%27s_Memory_Memorial
Następnie odwiedziliśmy monumentalny meczet oraz mauzoleum pierwszego prezydenta Turkmenistanu.
Więcej:
https://en.wikipedia.org/wiki/Turkmenbashi_Ruhy_Mosque
Jak zwykle część grupy podziwiała architekturę, część historię, a część szukała cienia. Kolejnym punktem programu była stadnina słynnych koni achał-tekińskich.
Więcej:
https://en.wikipedia.org/wiki/Akhal-Teke
To właśnie tutaj Przemek i Robert postanowili sprawdzić swoje umiejętności jeździeckie. Dla obserwatorów wyglądało to jak skrzyżowanie westernu z kursem przetrwania, ale obaj zeszli z koni o własnych siłach, więc eksperyment uznano za sukces.
Nikt jeszcze nie wiedział, że największe atrakcje dopiero przed nami. Po południu przesiedliśmy się do terenówek. Po krótkich negocjacjach z techniką, mechaniką oraz prawami fizyki samochody ruszyły w kierunku Derweze.
Więcej:
https://en.wikipedia.org/wiki/Darvaza_gas_crater
Określenie „droga” było jednak znacznym nadużyciem. Bardziej pasowałyby określenia: zbiór przypadkowych nierówności, eksperyment geologiczny lub otwarta wojna z zawieszeniem. W trakcie podróży doszło również do policyjnej kontroli, której prawdopodobną przyczyną było strategiczne zatrzymanie techniczne Przemka. Szczegóły zdarzenia pozostają niejawne. Im bliżej celu, tym bardziej krajobraz stawał się księżycowy. Wreszcie na horyzoncie pojawił się on: Krater Derweze – Wrota Piekieł. Miejsce, które wygląda tak, jakby ktoś przypadkowo przewiercił się do wnętrza planety i uznał, że skoro już się pali, to niech płonie dalej. Po zakwaterowaniu w jurtach i kolacji ruszyliśmy w stronę krateru. Pierwszy widok zapamiętamy na długo. Rozżarzona ziemia, buchające płomienie i pustynna noc stworzyły atmosferę, której nie oddadzą żadne zdjęcia. Natychmiast zorganizowaliśmy punkt obserwacyjno-degustacyjny. Na stole pojawiły się lokalne i przywiezione specjały. Kawior, dojrzewająca wołowina, melon, przekąski oraz odpowiednie napoje. Wszystko to w świetle płomieni wydobywających się z wnętrza ziemi. Przez kilka godzin siedzieliśmy nad kraterem, rozmawiając, śmiejąc się i próbując uwierzyć, że takie miejsce naprawdę istnieje. Nawet elDyktatore na chwilę porzucił plany przejęcia władzy nad światem. Nawet elDoctore nie prowadził konsultacji medycznych. Był to jeden z tych momentów, dla których organizuje się takie wyprawy.
Dzień 6 – Wielki turniej pokera
Kilka godzin snu mija błyskawicznie. Budzi nas pustynne słońce oraz odgłosy pierwszych uczestników zwijających obóz. Czas na śniadanie. I kolejna zagadka tej wyprawy. Nie wiadomo, jak robi to Rafał, ale… kawior nadal jest. Zapasy najwyraźniej rozmnażają się w sposób, którego nauka jeszcze nie potrafi wyjaśnić.
Ruszamy w drogę do Daszoguz, a właściwie trudno użyć słowa „droga”, bo asfalt nadal pozostaje tutaj bardziej ciekawostką niż standardem. My żadnej drogi nie widzimy. Na szczęście nasz kierowca najwyraźniej dostrzega coś, czego pozostali śmiertelnicy nie są w stanie zauważyć. Co więcej, sprawia wrażenie, jakby celowo omijał wszystkie fragmenty przypominające normalną jezdnię. Krótki postój na zdjęcia, kilka ostatnich spojrzeń na pustynię i w końcu docieramy do hotelu.
Więcej:
https://en.wikipedia.org/wiki/Daşoguz
Hotel oferował między innymi basen i saunę, co w folderze reklamowym brzmiało imponująco. W praktyce okazało się, że temperatura na zewnątrz skutecznie zastępuje oba te udogodnienia. Restauracja postanawia zaprezentować nam prawdziwy pokaz slow food. Na zupę czekamy tak długo, że zdążylibyśmy prawdopodobnie dojść pieszo do Uzbekistanu. Kulminacją obiadu okazuje się legendarna sałatka Cezar. Już wtedy wydawała się podejrzana. Następne dni pokażą, że była to decyzja, której część uczestników będzie długo żałowała. Tak właśnie, niepozornie, rozpoczyna się historia słynnego wirusa sałatkowego.
Po powrocie do pokoi zapada decyzja – idziemy skorzystać ze strefy wellness. Jednak nie korzystamy z basenu. Woda wyglądem bardziej przypomina zupę niż miejsce do pływania, więc zdrowy rozsądek zwycięża. Skoro nie basen… To ping-pong. Rozgrywki błyskawicznie nabierają powagi. Każdy punkt smakuje jak finał mistrzostw świata, a atmosfera rywalizacji doskonale przygotowuje nas do wydarzenia wieczoru.
Po doświadczeniach obiadowych, kolacja utrzymana jest w stylu campingowym: mielonka, szynka konserwowa. I to wszystko, czego jeszcze potrzeba mężczyznom po kilku dniach podróży.
Wieczorem grupa naturalnie dzieli się na dwa obozy. Pierwszy stanowią odkrywcy, drugi pokerzyści.
Odkrywcy szybko nawiązują kontakt z uczestnikami lokalnego wesela. Składają młodej parze symboliczny prezent na nową drogę życia, a przy okazji przeprowadzają jeszcze jedną akcję humanitarną. Mały turkmeński chłopiec zostaje na chwilę oddzielony od siostry. Natychmiast trafia pod troskliwą opiekę starszego brata Rafała, który z pełnym zaangażowaniem czuwa nad bezpieczeństwem młodego człowieka do czasu odnalezienia rodziny.
W tym samym czasie w hotelu trwa drugi front wydarzeń – turniej pokerowy. Kolejne all-iny wywołują euforię u jednych i rozpacz u drugich. Świeżaki po raz pierwszy doświadczają brutalnej prawdy o męskich wyjazdach. Tutaj nie ma taryfy ulgowej. Są tylko karty i bezlitosna lekcja pokory. Jedni kończą wieczór z szerokim uśmiechem, inni już planują rewanż. Zmęczenie po raz kolejny dopada nas dopiero późno w nocy.
Jutro opuszczamy Turkmenistan i ruszamy do Uzbekistanu.
Dzień 7 – Pożegnanie z Turkmenistanem i wielka ucieczka do normalności
Przed nami ostatni dzień w Turkmenistanie i spotkanie z Uzbekistanem. Nikt jeszcze nie przypuszcza, że oprócz nowych zabytków czekają tam na nas internet bez ograniczeń, legenda o „jeszcze dwudziestu kilometrach” i wirus sałatkowy, który dopiero zaczyna rozwijać skrzydła.
Podczas jazdy przez pustynię wracaliśmy wspomnieniami do miejsc odwiedzonych podczas wyprawy. Za oknami przesuwały się pustynne krajobrazy, wielbłądy, pojedyncze zabudowania i niewielkie osady rozsiane po bezkresnych przestrzeniach. Niektórzy pasażerowie podziwiali widoki, inni spali, a pozostali prowadzili dyskusje geopolityczne z takim zaangażowaniem, jakby za chwilę mieli przejąć stery ONZ. Naturalnie głównym ekspertem pozostawał elDyktatore. Po krótkim odpoczynku ruszyliśmy zobaczyć ostatnią wielką atrakcję Turkmenistanu – Kunia Urgencz. Jedno z najważniejszych historycznych miejsc Azji Centralnej.
Więcej:
https://en.wikipedia.org/wiki/Konye-Urgench
Zwiedzaliśmy mauzolea, minarety i pozostałości dawnego miasta, które przed wiekami należało do najważniejszych ośrodków regionu. Dla jednych była to fascynująca lekcja historii. Dla innych okazja do wykonania kolejnych zdjęć.
Po zakończeniu zwiedzania ruszyliśmy w stronę granicy. I właśnie tam wydarzyło się coś, czego nikt się nie spodziewał. Przekroczyliśmy granicę z Uzbekistanem. Nagle wszyscy dookoła zaczęli się uśmiechać. Atmosfera zrobiła się lżejsza. Rozmowy głośniejsze. Żarty częstsze. To było niemal fizycznie odczuwalne. Internet działał. Ludzie się uśmiechali. Po drodze zatrzymaliśmy się jeszcze przy nekropolii Mizdachan oraz słynnej Wieży Milczenia.
Więcej:
https://en.wikipedia.org/wiki/Mizdakhan
Miejsce było zupełnie inne od wszystkiego, co oglądaliśmy wcześniej. Pełne legend, historii i opowieści przekazywanych od pokoleń. Tymczasem w busie trwały już przygotowania do kolejnego etapu wyprawy. Celem była Chiwa. Miasto legenda – jedna z pereł Jedwabnego Szlaku.
Więcej:
https://en.wikipedia.org/wiki/Khiva
Wieczorem, kiedy zbliżaliśmy się do celu, coraz częściej padało jedno pytanie: Jak szybko działa tutaj internet? Po kilku dniach spędzonych w Turkmenistanie była to kwestia niemal strategiczna. Jedno było pewne – Turkmenistan został za nami, kraina marmuru, pustyni, absurdów i niezapomnianych przygód. A przed nami otwierał się zupełnie nowy rozdział podróży.
Dzień 8 – Odkrywamy internet i Chiwę
Pierwszy poranek w Uzbekistanie przywitał nas czymś, czego część uczestników nie widziała od wielu dni – stabilnym internetem. Jeszcze wieczorem rozmowy przy stole toczyły się wartko, wspomnienia płynęły szerokim strumieniem, a integracja przebiegała wzorowo. Rano sytuacja wyglądała już zupełnie inaczej. W hotelowej restauracji panowała cisza przerywana jedynie odgłosami powiadomień, wysyłanych zdjęć i wiadomości typu:
— Tak, żyję.
— Tak, wrócę.
— Nie, jeszcze nie kupiłem dywanu.
Po kilku dniach cyfrowego odwyku wszyscy nadrabiali zaległości. Nad grupą nadal unosiło się jednak widmo tajemniczego wirusa sałatkowego, który zebrał już pierwsze żniwo podczas wcześniejszych etapów wyprawy. Na szczęście Rafał, który jeszcze niedawno wyglądał jak uczestnik programu „Przetrwać za wszelką cenę”, odzyskał pełnię sił i szeroki uśmiech. Po śniadaniu ruszyliśmy do miejsca, które wielu uważa za jedno z najpiękniejszych miast Azji Centralnej – Chiwa.
Więcej:
https://en.wikipedia.org/wiki/Khiva
https://whc.unesco.org/en/list/543/
A dokładniej do jej historycznego serca – Iczan Kala. Już po przekroczeniu bram starego miasta było jasne, że trafiliśmy do zupełnie innego świata: wąskie uliczki, gliniane mury, minarety, medresy, dziedzińce.
Więcej:
https://en.wikipedia.org/wiki/Itchan_Kala
Wszystko wyglądało tak, jakby ktoś zatrzymał czas kilkaset lat temu i zostawił to miejsce dokładnie takim, jakie było podczas świetności Jedwabnego Szlaku. Podczas spaceru poznawaliśmy kolejne zakątki miasta. Oglądaliśmy medresy, dawne szkoły koraniczne, gdzie nauka trwała dłużej niż niejedna współczesna kariera zawodowa. Zwiedziliśmy pałac chanów Chiwy.
Więcej:
https://en.wikipedia.org/wiki/Kunya-Ark
Poznaliśmy lokalne legendy, tradycje oraz historie, których prawdziwości nikt nie próbował nawet weryfikować, bo były zbyt dobre, żeby je podważać. Szczególnym zainteresowaniem cieszyły się opowieści o dawnych zwyczajach rodzinnych i honorowych. Po ich wysłuchaniu część uczestników zgodnie stwierdziła, że współczesne problemy wychowawcze są naszym wymysłem. Kolejnym punktem programu był słynny meczet Dżuma.
Więcej:
https://en.wikipedia.org/wiki/Juma_Mosque_(Khiva)
Las drewnianych kolumn zrobił ogromne wrażenie na całej grupie. Zwłaszcza że każda wyglądała inaczej, a niektóre pamiętały czasy, gdy Europa zastanawiała się jeszcze, jak wyjść z wczesnego średniowiecza. Pod koniec zwiedzania trafiliśmy do miejsca poświęconego największym uczonym regionu. Tutaj elDoctore odzyskał pełnię energii. Nazwiska dawnych lekarzy, astronomów i matematyków natychmiast uruchomiły jego tryb edukacyjny. Pozostali uczestnicy słuchali z zainteresowaniem lub bardzo przekonująco udawali, że słuchają.
Po zakończeniu części historycznej przyszedł czas na część równie ważną – zakupy i obiad. Po obiedzie rozpoczęliśmy kolejny etap podróży, wielogodzinna droga do Buchary.
Więcej:
https://en.wikipedia.org/wiki/Bukhara
Podróż upływała pod znakiem tajemniczego hasła – jeszcze tylko 20 kilometrów. Komunikat ten powtarzał się tak często, że po pewnym czasie przestał mieć jakikolwiek związek z rzeczywistością. Po drodze mijaliśmy pola uprawne, pustynię Kyzył-kum i kolejne policyjne posterunki.
Więcej:
https://en.wikipedia.org/wiki/Kyzylkum_Desert
Co ciekawe, miejscowa policja najwyraźniej również nie była pewna, po co zatrzymuje samochody. Kilkukrotnie byliśmy kierowani do kontroli, po czym po kilku sekundach ruszaliśmy dalej bez żadnych wyjaśnień. Na jednym z postojów elDoctore zarządził obowiązkowe ćwiczenia ruchowe, prezentując autorski program profilaktyki zakrzepowej dla podróżników. Program składał się głównie z pajacyków i komentarzy medycznych. Uczestnicy przyjęli go z umiarkowanym entuzjazmem.
Po wielu godzinach jazdy dotarliśmy wreszcie do Buchary. Wieczorne światła miasta wynagrodziły trudy podróży. Po zakwaterowaniu ruszyliśmy na kolację. Pojawiło się lokalne wino , muzyka oraz nocne zwiedzanie miasta. I właśnie wtedy Rafał znalazł portfel. Rozpoczęła się spontaniczna akcja poszukiwawcza właściciela, lokalnego posterunku policji oraz odpowiedzi na pytanie, jak można zgubić portfel w miejscu, gdzie wszyscy się znają.
Dzień 9 – Buchara, Chan z harem 50+
Poranek w butikowym hotelu GULI rozpoczynamy tradycyjnie od śniadania. Na miejscu meldują się niemal wszyscy. Niemal, bo Prezes wciąż prowadzi nierówną walkę z wirusem sałatkowym, który najwyraźniej nie uznaje zawieszenia broni. Za to Krzysiek po dwóch dniach wraca do świata żywych. Nowe leki czynią cuda, a najlepszym dowodem jest parówka zjedzona z apetytem godnym człowieka, który odzyskał sens życia. Ruszamy do Buchary – jednego z najważniejszych miast Jedwabnego Szlaku. Zamiast udawać ekspertów od kilku tysięcy lat historii, odsyłamy zainteresowanych do lektury:
- Buchara – https://whc.unesco.org/en/list/602/
- Historia miasta – https://en.wikipedia.org/wiki/Bukhara
Na rozgrzewkę odwiedzamy Chor Minor, czyli słynną bramę z czterema charakterystycznymi wieżami zakończonymi turkusowymi kopułami.
Więcej:
https://en.wikipedia.org/wiki/Chor_Minor
Przy okazji zaglądamy na niewielki bazarek. Jeszcze nikt niczego nie planował kupować. Oczywiście po kilku minutach połowa grupy już negocjuje ceny. Kolejnym punktem programu jest Mauzoleum Samanidów – jedna z najstarszych zachowanych budowli Azji Środkowej.
Opis:
https://en.wikipedia.org/wiki/Samanid_Mausoleum
Spacerując ulicami Buchary szybko dochodzimy do wniosku, że kawa smakuje tutaj zdecydowanie lepiej, kiedy pije się ją pomiędzy zabytkami liczącymi ponad tysiąc lat. Po drodze odwiedzamy również słynny Meczet Bolo Hauz oraz stojącą naprzeciw monumentalną Cytadelę Ark.
Więcej:
- Bolo Hauz – https://en.wikipedia.org/wiki/Bolo_Hauz_Mosque
- Cytadela Ark – https://en.wikipedia.org/wiki/Ark_of_Bukhara
W cytadeli poznajemy historię dawnych władców Buchary. Oglądamy kopię słynnego Koranu Osmana, pokaz artystyczny przygotowany specjalnie dla turystów, a następnie następuje najważniejsze wydarzenie dnia. Prezes zostaje uroczyście koronowany. Do końca nie udało się ustalić, czy oficjalnie został Chanem czy Emirem. Dyskusje historyczne trwały dłużej niż sama ceremonia, ale sam zainteresowany nie zgłaszał żadnych zastrzeżeń. Nowo mianowany władca otrzymuje również możliwość obejrzenia haremu. Ku jego wyraźnemu zaskoczeniu większość dam sprawiała wrażenie osób doskonale znających realia emerytury i wysokość świadczeń z ZUS. Entuzjazm monarchy wyraźnie osłabł.
Kolejny przystanek to prawdziwa wizytówka Buchary – monumentalny kompleks Poi Kalan.
Więcej:
https://en.wikipedia.org/wiki/Po-i-Kalyan
Największe wrażenie robi oczywiście słynny Minaret Kalan, zwany również Wieżą Śmierci. Historia tego miejsca jest fascynująca, ale zdecydowanie lepiej przeczytać ją samemu niż testować dawny sposób wykonywania wyroków. Spacerujemy dalej przez zabytkowe targowiska pod kopułami. Orientalny klimat robi swoje. Dywany, jedwabie, ceramika, przyprawy i pamiątki skutecznie wystawiają na próbę pojemność naszych bagaży oraz cierpliwość kart płatniczych.
Po drodze odwiedzamy jeszcze dwie słynne medresy:
- Medresa Ulug Bega – https://en.wikipedia.org/wiki/Ulugh_Beg_Madrasa,_Bukhara
- Medresa Abdulaziz Chana – https://en.wikipedia.org/wiki/Abdulaziz_Khan_Madrasa
Na zakończenie zwiedzania docieramy pod pomnik najbardziej znanego filozofa i dowcipnisia Orientu – Nasreddina Hodży.
Więcej:
https://en.wikipedia.org/wiki/Nasreddin
Oczywiście nikt nie odpuszcza obowiązkowego zdjęcia na osiołku. Niektórzy wyglądają na nim bardziej naturalnie, niż chcieliby się do tego przyznać. Tuż obok znajduje się dawny karawanseraj. Kiedyś odpoczywali tu kupcy przemierzający Jedwabny Szlak. Dziś trwa turniej szachowy. Klimat miejsca pozostał ten sam – zmieniły się jedynie środki transportu. Po całym dniu wracamy do hotelu. Po drodze uzupełniamy zapasy przekąsek i napojów. Zakupy za pół miliona brzmią imponująco, dopóki człowiek nie przypomni sobie kursu lokalnej waluty. Krótki prysznic i spotkanie na hotelowym patio. Na stół wjeżdżają giny, wspomnienia z poprzednich wypraw oraz opowieści, które z każdą minutą stają się coraz bardziej wiarygodne. Wieczorem grupa ponownie rusza na miasto. Część wybiera kolację nad stawem Lab-i Hauz, pozostali prowadzą ostatnie zakupy na bazarku.
Opis miejsca:
https://en.wikipedia.org/wiki/Lyab-i_Hauz
Po powrocie poker i Prezes zgarnia zwycięstwo, udowadniając, że nawet wirus sałatkowy nie jest w stanie odebrać człowiekowi pokerowej intuicji. Zmęczenie wygrywa dopiero grubo po północy. Jutro czeka nas Samarkanda. A tam, jak zapewnia przewodnik, zabytków będzie jeszcze więcej. Na szczęście pamięć w telefonach nadal nie jest zapełniona.
Dzień 10 – Samarkanda, sardynkobus i 665
Po intensywnym zwiedzaniu Buchary wszyscy zjawiamy się rano na śniadaniu wyraźnie bardziej wypoczęci. Wirus sałatkowy powoli przegrywa, humory dopisują, a rozmowy przy stole wracają na właściwe tory. Pakowanie przebiega wyjątkowo sprawnie, więc możemy ruszać w stronę Samarkandy. Jak zwykle zajmujemy strategiczne miejsca w naszym niezawodnym busiku. Miejsca jest dokładnie tyle, ile przewidział producent, czyli niewiele więcej niż w puszce sardynek. Komfort nie jest może królewski, ale za to integracja odbywa się na najwyższym możliwym poziomie. Na wyjeździe z Buchary żegna nas… dziewięć teściowych naszego świeżo koronowanego Chana. Do dziś nie udało się ustalić, jak przy czterech żonach można dorobić się dziewięciu teściowych. Matematyka orientu najwyraźniej rządzi się własnymi prawami.
Pierwszym przystankiem jest miejsce szczególne dla każdego Polaka – cmentarz żołnierzy Armii Andersa w Karmanie. Chwila zadumy przypomina, jak niezwykłe i często dramatyczne były losy naszych rodaków na tej ziemi.
Więcej o polskich miejscach pamięci w Uzbekistanie:
https://www.gov.pl/web/uzbekistan/polskie-miejsca-pamieci-w-uzbekistanie
Po powrocie do autobusu przewodnik uruchamia nowy system nagłośnienia. Od tej chwili historia, religia i dzieje Persji płyną do naszych uszu z zamontowanego pod sufitem głośnika. Dowiadujemy się między innymi, że nawet najbardziej prozaiczne czynności człowieka uczestniczą w odwiecznej walce dobra ze złem. Po takiej dawce wiedzy grupa jednogłośnie uznaje, że najlepszym sposobem na zachowanie równowagi we wszechświecie będzie kolejny turbo-ptyś. W międzyczasie trwa burzliwa dyskusja nad wcześniejszymi relacjami z wyprawy. Szczególnie dużo emocji budzi opis zamachu korkowego na elDoctore. Panuje pełna zgoda, że tak wybitny specjalista zasługuje na godne zadośćuczynienie. Najbardziej rozsądna propozycja przewiduje rodzinny, dwu- lub trzytygodniowy wyjazd do Chin, oczywiście finansowany przez sprawcę całego incydentu. Podróż mija szybko. Obiad jemy zgodnie z filozofią ekspedycji — konserwa, świeże pieczywo i zimny napój. Po kilku godzinach docieramy do legendarnej Samarkandy.
O historii miasta najlepiej poczytać tutaj:
- Samarkanda – https://whc.unesco.org/en/list/603/
- Historia miasta – https://www.britannica.com/place/Samarkand
Na początek jednak obowiązkowy przystanek gastronomiczny. Trafiamy do restauracji specjalizującej się wyłącznie w jednym daniu — plowie. Jeżeli ktoś potrafi robić tylko jedną potrawę i od lat ma pełną salę gości, to znaczy, że robi ją naprawdę dobrze. Najedzeni ruszamy do manufaktury jedwabnych dywanów.
Zainteresowanych procesem produkcji odsyłamy tutaj:
https://en.wikipedia.org/wiki/Uzbek_carpet
Na miejscu poznajemy tajniki farbowania jedwabiu oraz ręcznego tkania. Oczywiście wszystko przebiega zgodnie z planem… do momentu wejścia do sklepu. Zakup jednej koszuli błyskawicznie zamienia się w międzynarodowe konsultacje rodzinne prowadzone przez komunikatory internetowe. Sprzedawczynie wykazują się anielską cierpliwością, a męska część wyprawy po raz kolejny odkrywa, że wybór koloru materiału potrafi być bardziej skomplikowany niż przekroczenie granicy Turkmenistanu.
Po zakupach mijamy tradycyjny uzbecki kondukt pogrzebowy. Dla wielu z nas to pierwsza okazja zobaczyć na własne oczy zwyczaje, o których dotychczas tylko czytaliśmy. Wieczorem docieramy do hotelu. Już po wejściu do pokoi okazuje się, że organizatorzy najwyraźniej postawili na jeszcze głębszą integrację, wyposażając większość pokoi w łóżka małżeńskie. Komentarzy nie zabrakło. Podobnie jak szybkich negocjacji dotyczących podziału przestrzeni osobistej. Naturalnym centrum życia towarzyskiego ponownie zostaje pokój numer 12. Starsi uczestnicy wspominają poprzednie wyprawy, młodsza część ekipy bardzo szybko przypomina sobie, że organizm jednak ma swoje ograniczenia.
Po krótkim odpoczynku ruszamy na kolację. Na dobry początek pojawia się lokalna wódka Semurg.
Jej nazwę i historię można poznać tutaj:
https://www.britannica.com/topic/Simurgh
Na stole lądują kiszone ogórki, pomidory, kalafior i rzepa. Po kilku dniach orientalnej kuchni taki zestaw wywołuje niemal wzruszenie. Pierwszy toast wygłasza oczywiście elDoctore.
– Aby w nocy nam stało, a w dzień wisiało!
Hasło natychmiast przechodzi do oficjalnego zbioru sentencji wyprawy. Kolejne toasty są równie filozoficzne: za stałość mężczyzn, za zmienność kobiet, za zdrowie, za podróże. I oczywiście za to, żeby wirus sałatkowy już nikogo więcej nie wybrał. Do stołu dosiadają się miejscowi znajomi. Rozmowy toczą się we wszystkich możliwych językach świata, a tam, gdzie słów brakuje, z pomocą przychodzą gesty i śmiech. Jak się okazuje, poczucie humoru nie wymaga tłumacza. Pod koniec wieczoru pada zagadka.
— Wiecie, co oznacza 666?
Odpowiedzi jest wiele.
— A wiecie, co oznacza 665?
Zapada cisza.
Po chwili pada jedyna prawidłowa odpowiedź:
665 to mniejsze zło.
I z takim poziomem intelektualnych rozważań kończymy kolejny dzień naszej uzbeckiej przygody.
Dzień 11 – Samarkanda, klątwa Timura i mecz siatkówki
Dzień miał rozpocząć się spokojnym śniadaniem. Miał – zamiast tego kronikarz zostaje wyrwany ze snu około drugiej w nocy energicznym pukaniem do drzwi. To Przemek wraca z nocnego spaceru po Samarkandzie. Oficjalna wersja mówi o zwiedzaniu miasta. Nieoficjalna, oparta na wyjątkowo wiarygodnym łańcuchu przekazu, brzmi następująco: Marek słyszał, że Skarbnik widział, jak Przemek rozgrywał z miejscowymi mecz siatkówki w parku. Jak było naprawdę, wie zapewne tylko Przemek… i uzbeccy siatkarze. Kilka godzin później wszyscy spotykamy się na śniadaniu. Zgodnym głosem uznajemy, że hotel przygotował zdecydowanie najlepszy bufet podczas całej wyprawy. Wirus sałatkowy najwyraźniej odpuszcza, apetyty wracają, morale rośnie. Na początek spacer do pobliskiego parku, gdzie stoi pomnik wieloletniego prezydenta Uzbekistanu – Islama Karimowa. To postać, która do dziś budzi bardzo różne emocje, dlatego zainteresowanych jego historią odsyłamy do lektury:
https://en.wikipedia.org/wiki/Islam_Karimov
Podczas przejazdu Marcin zabiera nas w podróż przez historię Samarkandy. Zamiast wykładu dostajemy opowieść o Jedwabnym Szlaku, kupcach, karawanach i Marco Polo.
Więcej o historii miasta:
https://www.britannica.com/place/Samarkand
Po chwili przed naszymi oczami pojawia się miejsce, które zna chyba każdy, kto choć raz oglądał zdjęcia Uzbekistanu – Registan. Nie bez powodu uznawany jest za jeden z najpiękniejszych placów świata.
Opis kompleksu:
https://whc.unesco.org/en/list/603/
Przewodnik prowadzi nas przez trzy słynne medresy:
- Medresa Ulug Bega,
- Medresa Sher-Dor,
- Medresa Tilya-Kori.
Każda ma własną historię, własny charakter i tysiące ceramicznych detali, które sprawiają, że aparaty fotograficzne zaczynają pracować na pełnych obrotach. Kolejnym przystankiem jest obserwatorium Ulug Bega.
To miejsce najlepiej poznawać z opisem specjalistów:
https://en.wikipedia.org/wiki/Ulugh_Beg_Observatory
Szybko dochodzimy do wniosku, że wnuk Timura zdecydowanie bardziej lubił patrzeć w gwiazdy niż prowadzić wojny. Kilkaset lat temu, bez teleskopów i komputerów, jego astronomowie osiągali dokładność, której trudno nie podziwiać nawet dzisiaj. Następnie odwiedzamy niezwykłą nekropolię Szah-i-Zinda.
Więcej:
https://en.wikipedia.org/wiki/Shah-i-Zinda
To jedno z tych miejsc, gdzie człowiek odruchowo mówi ciszej. Turkusowe kopuły, misternie zdobione portale i atmosfera sprawiają, że nawet najbardziej wygadani uczestnicy wyprawy na chwilę milkli. No… prawie wszyscy. Po części duchowej przychodzi pora na bardziej przyziemne obowiązki – zakupy. Docieramy na słynny Siab Bazaar.
Opis:
https://en.wikipedia.org/wiki/Siob_Bazaar
Przyprawy, bakalie, orzechy, ceramika, jedwabie i dziesiątki pamiątek skutecznie opróżniają nasze kieszenie. Za to walizki zaczynają nabierać podejrzanych rozmiarów. Tuż obok oglądamy ruiny monumentalnego Meczetu Bibi-Chanum.
Więcej:
https://en.wikipedia.org/wiki/Bibi-Khanym_Mosque
To kolejny dowód na to, że Timur zdecydowanie nie miał problemów z rozmachem swoich inwestycji. Po szybkim obiedzie zostaje już ostatni punkt programu. Mauzoleum Gur-e Amir.
Opis:
https://en.wikipedia.org/wiki/Gur-e_Amir
Tutaj spoczywa sam Timur, znany w Europie jako Tamerlan. Przewodnik opowiada również najsłynniejszą miejscową legendę. Podobno na grobie znajduje się ostrzeżenie, że ten, kto zakłóci spokój Timura, sprowadzi na świat wielką wojnę. Sowieccy archeolodzy otworzyli grobowiec 20 czerwca 1941 roku. Dwa dni później rozpoczęła się operacja Barbarossa. Czy był to przypadek? Każdy z nas pozostawia to pytanie bez odpowiedzi. Jedno jest pewne — legenda robi ogromne wrażenie. Po całym dniu wracamy do hotelu na krótki odpoczynek. Wieczorem ponownie jedziemy na Registan. Tym razem nie po to, żeby zwiedzać. Po zmroku plac zamienia się w ogromną scenę światła i muzyki. Fasady medres ożywają kolorami, a nawet najbardziej doświadczeni podróżnicy przez chwilę po prostu stoją w ciszy. Po takim finale trudno o lepsze zakończenie uzbeckiej części wyprawy. Jutro pobudka przed świtem i powrót do rzeczywistości. Choć patrząc na ilość zdjęć w telefonach, wspomnienia z tej wyprawy jeszcze długo nie pozwolą nam wrócić do codzienności.
Dzień 12 – Powrót
Pobudka następuje zdecydowanie za wcześnie. Jeszcze wczoraj wieczorem Samarkanda mieniła się tysiącami świateł, a dziś większość z nas próbuje przekonać organizm, że środek nocy to całkiem dobra pora na śniadanie. Walizki zamykają się z pewnym oporem. Nie dlatego, że przywieźliśmy złoto Jedwabnego Szlaku. Po prostu pamiątki, przyprawy, czapki, magnesy i „rzeczy absolutnie niezbędne” zawsze zajmują więcej miejsca podczas powrotu niż podczas wyjazdu. Na lotnisko docieramy już jako doświadczeni podróżnicy. Nikogo nie dziwią kontrole, pieczątki ani kolejne bramki. Po Turkmenistanie i Uzbekistanie europejskie lotniska wydają się wręcz przesadnie proste. W samolocie jest wyjątkowo cicho. Jeszcze kilkanaście dni temu wszyscy byliśmy pełni energii, snuliśmy plany i zastanawialiśmy się, co nas czeka. Teraz większość śpi, a reszta przegląda tysiące zdjęć i z niedowierzaniem odkrywa, że telefon znowu jest pełny wspomnień:
- marmurowe miasta Turkmenistanu
- płonąca pustynia
- nocny pociąg
- twierdze, medresy, meczety i pałace pamiętające czasy Jedwabnego Szlaku
- bazary pachnące przyprawami, arbuz jedzony późnym wieczorem i turbo-ptysie, które wielokrotnie ratowały morale ekspedycji
- wirus sałatkowy, który próbował zdziesiątkować skład, ale ostatecznie musiał uznać wyższość determinacji naszej ekipy
- legendarne „Jeszcze dwadzieścia kilometrów…”, które na zawsze zapisze się w słowniku wszystkich uczestników wyprawy jako jednostka czasu, odległości i cierpliwości
- wielkie dyskusje o historii, polityce, medycynie i sprawach absolutnie fundamentalnych
- pajacyki zarządzone przez elDoctore, ambitne plany przejęcia władzy przez elDyktatore, filozoficzne toasty i niezliczona liczba żartów, których – dla dobra wszystkich zainteresowanych – lepiej nie przenosić na papier
- chwile poważne i takie, podczas których ze śmiechu bolał brzuch.
To co najważniejsze, to świetna ekipa. To właśnie ona sprawiła, że ta wyprawa była czymś znacznie więcej niż tylko zwiedzaniem kolejnych miejsc zaznaczonych na mapie. Turkmenistan zaskakiwał nas każdego dnia. Uzbekistan zachwycał historią, architekturą i ludźmi. Oba kraje pokazały, że Azja Środkowa potrafi oczarować nawet tych, którzy wydawało się, że widzieli już naprawdę wiele.
Dziękujemy Marcinowi za przewodnictwo, cierpliwość i kolejną podróż, która na długo zostanie w pamięci.
Dziękujemy całej ekipie za humor, dystans do siebie i atmosferę, dzięki której nawet najdłuższe przejazdy stawały się częścią przygody.
A ponieważ historia pokazuje, że najlepszym lekarstwem na zakończenie jednej wyprawy jest planowanie następnej… , …to do zobaczenia na kolejnym męskim wyjeździe. Oby tylko z odpowiednim paszportem i bez sałatki.
Definicje i objaśnienia:
- Turbo-ptyś – oficjalne paliwo ekspedycji.
- Jeszcze 20 kilometrów – dowolna odległość większa od zera.
- Wirus sałatkowy – lokalna odmiana integracji mikrobiologicznej.
- 665 – mniejsze zło.
- Gang Świeżaków – dwóch nowych członków wyprawy
- elDyktatore – człowiek gotowy objąć tron każdego państwa.
- elDoctore – specjalista od pajacyków, procedur ratunkowych i toastów.
- Sardynkobus – środek transportu uczący pokory i integracji
